środa, 14 sierpnia 2013

Ciężkie życie CHPD


Zacznijmy od rozwinięcia skrótu CHPD. CHPD znaczy oczywiście "Chujowa Pani Domu".


Niestety nie mogę się porównać do Mrs.Rozenek, bo nie mam fartucha za 1000 zł (oddaj fartucha!) i nie wiem jak nadziać bakłażana, ani jak zrobić sorbet i nie stać mnie na kupowanie przypraw, których nazw ciężko mi nawet wymówić, a jakbym miała już je kupić to pewnie musiałabym pokazywać palcem na półkę i mówić: "O to to, ot. I tamto, ototo." Zresztą, co ja gadam, czasy PRL-u się skończyły, przecież teraz mamy samoobsługowe hipermarkety, gdzie aż roi się od tropikalno-azjatycko-tureckich smaków.
Jeśli chodzi o kuchnię to CHPD najlepiej wie, jak rozgotować makaron, jak jajko na miękko zrobić na twardo i za najlepszą przyprawę na świecie uważa sól, dzięki której z potrawy chujowej można zrobić po prostu "za słoną" (aaa, bo solnęłam dwa razy, a było by taaaakiee dobre).
CHPD wie co to schabowy, mielony i naleśnik, ewentualnie pierogi, a na krupnik  mówi czasem "kurpnik". Raz do roku nawet pomyśli, że chciała by może lepiej gotować, ale nie oszukujmy się - potrzeba na to czasu, pieniędzy i królika doświadczalnego, bo przecież sama nie może narażać swojej figury i przewodu pokarmowego na porażki.
Jeśli chodzi o imprezy to CHPD robi wszystko, co jest łatwe i tanie, i łatwe oraz dba o to, aby zawsze jej fryzura i paznokcie wyglądały lepiej niż sałatka.
W kuchni umie obsługiwać się garnkiem (jedynym jaki pozostał, bo wszystkie pozostałe mają dziurę w denku, bo "Desperate Housewives" są taaakie  wciągające), patelnią i korkiem do wina, ponieważ wie, że po alkoholu wszystko smakuje i wygląda lepiej (dlatego rekomenduję podawać go do wszystkiego i zaopatrzeć barek lepiej niż kuchnię).


Oczywiście, jeśli już organizuje się przyjęcie to wypada posprzątać. Sprząta się więc jeden pokój, w którym będą przebywać goście oraz pomieszczenia, które przypadkiem mogą zobaczyć. Resztę można zamknąć na klucz, ewentualnie powiedzieć, że hoduje się tam kury, ale istnieje wtedy ryzyko, że zechcą je zobaczyć, bo ktoś z gości może być akurat rolnikiem.

Sprzątanie najlepiej odbywa się z udziałem ściereczek z biedronki i ręcznika XXXL z biedronki. Wypada oczywiście odkurzyć, a jak się o czymś zapomni to zamieść pod dywan i przypomnieć sobie o tym w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Na koniec można spryskać pokój odświeżaczem o zapachu konwalii,  na stół postawić ładne kwiatki i Jacka Danielsa, w rogu ewentualnie buty od  Prady (albo Brady, z daleka nikt nie zauważy) i włożyć głęboki dekolt/krótką kieckę, co skutecznie odciągnie wzrok obu płci od zaniedbań w porządku i smaku.
Warto tez zapamiętać, że w 90% przypadków sprawdza się ten przepis na udane przyjęcie dla pary znajomych: ociekające tłuszczem skrzydełka i frytki z Jackiem Danielsem dla panów i sałatka 15 kcal z winem i 579 kcal'oriowe ciastko na deser dla Pań.
Have fun!

niedziela, 4 sierpnia 2013

JESTĘ na CZASIĘ

Będąc właścicielką światowej sławy bloga, muszę bardzo uważnie obserwować trendy i tendencje oraz jakoś się do nich ustosunkować. Ostatnio przeglądałam blogi modowe, fotograficzne, kulinarne i nieco skomercjalizowane, które reklamują produkty (czasem anty-reklamują). Jako że mój blog jest życiowy i modny postanowiłam odnieść się do tych tendencji i w moim blogu.
Poniżej zaobserwowane przeze mnie trendy:
Po kolei:
- opiniowanie produktu
- przepisy i zdjęcia żywności
- zdjęcia stylizacji w jakimś trendy miejscu
- zdjęcia modelek z niedowładem ust  (to chyba jakaś nowa cywilizacyjna choroba)

OPINIE NA TEMAT PRODUKTÓW

Oto opinie produktów, które znalazły się akurat w zasięgu mojego wzroku i aparatu.

1. Balsam Kolastyna

Zakupiłam ten balsam już drugi raz, ponieważ lubię ciepełko, a jest to wygodniejsze niż podgrzewanie nóg suszarką. Jest to balsam (może raczej żel), jest on Kolastyny i jest rozgrzewający, więc tutaj producent nas nie oszukuje. Niestety dalej są umieszczone informacje niewiarygodne tzn. stosować na brzuch i uda, oraz- utrata centymetrów.
Stosowałam ten balsam na nogi i pupę (choć początkowo bałam się, że coś się z nimi stanie, skoro jest przeznaczony tylko do pupy i brzucha) i nie odpadły. Obiecane centymetry jednak nie poleciały. Oczywiście nie miałam takiej nadziei, jak przy żadnych innych tego typu specyfikach, jednak poczułam się urażona i oszukana, toteż planuję wystosować pismo o odszkodowanie związane z nadwyrężeniem zaufania, oraz o zwrot kosztów.
Balsam rekomenduję wcierać sobie w stopy w chłodne wieczory.
Opakowanie jest ni ładne ni brzydkie, starcza na za krótko (pewnie mam za duży tyłek i uda), pachnie ładnie, kosztuje ok.

2. Woda Mineralna Cisowianka

Najczęściej kupowana przeze mnie, w zasadzie nie wiem dlaczego. Pewnie dlatego, że jest najtańsza, a zawsze dobrze zaoszczędzić te 5 gr. Woda spełnia swoją funkcję, można się nią napić, nie śmierdzi minerałami. Starcza niestety na za krótko i opakowanie jest brzydkie, bo nie lubię niebieskiego, gdyby była w cekiny to dała bym 12/10.

 

3. Lek Asparagilgan



 Duży minus za nazwę. Wymawiam tylko 4 pierwsze litery, ale na szczęście dla farmaceutek, wiedzą oto chodzi. Lek chyba nie działa, ponieważ nikt nie zauważył we mnie żadnej zmiany, jednak zmiana w moim zachowaniu następuje jedynie po zażyciu za dużej dawce środków nasennych.
Opakowanie leku jest brzydkie- wygląda jak lek, przez co musisz go chować przy zażywaniu, żeby znajomi nie widzieli, że się leczysz (dlaczego tabletki nie mogą być np. w opakowaniu po groszkach, tak, żeby móc wziąć je bez obaw w zatłoczonym autobusie, a nie przy wszystkich na przyjęciu wyciągać kartonik z wielkim napisem "ULGIX WZDĘCIA"). Lek nie pachnie czekoladą ani alkoholem  toteż nie zachęca do spożycia, starcza  na za krótko i jest za drogi. Nie polecam tego produktu.

 

4. Papier toaletowy z Tesco

Niestety nie jest gładki jak aksamit według zapewnień producenta. Proponuję podetrzeć się aksamitem, apotem tym papierem, aby poczuć różnicę. Oczywiście nikt tego nie zrobi i producent o tym wie wmawiając, że podcieranie dupy tym papierem jest podobne. Papier jest w jednym kolorze, co jest na minus, bo ktoś akurat może nie lubi białego. Nie liczyłam niestety listków, więc nie wiem, czy producent i tu nie oszukuje, można się tego spodziewać. Rozwinę kiedyś na balkonie rolkę do ziemi to policzę.
Papier jest bezzapachowy, niestety dupa nie pachnie później rumiankiem i trzeba się myć. Wydajność jest wprost proporcjonalna do "wydalalności". Ratuje go cena.
Mam nadzieję, że pomogłam.

Teraz przejdę do fotek jedzenia:

Niestety nie mam przepisu, ale wystarczy, że zmieszacie wszystkie resztki z lodówki i wyjdzie podobnie.

A to moje blogowe outfitowe fotki w modnym miejscu z googli. (nie wiem co to za miejsce, ale skoro było w goglach to musi być fajne)

I na koniec profesjonalna sexy fotka z sexy niedomkniętymi ustami. 





czwartek, 1 sierpnia 2013

DŻOGING

Bieganie towarzyszy nam od zarania dziejów. Nasi przodkowie biegali w celu złapania bizona, biegali uciekając przed lwem, biegali, żeby prześcignąć rywali, jak zobaczyli duże banany na drzewie. Kto by jednak myślał, że ludzie XI wieku będą biegać ot tak, bez celu. Jaskiniowcy zapewne nie mogli by tego zrozumieć, bo kiedyś biegło się "po coś" lub biegło uciekając "przed czymś". Żyję jednak tu i teraz, więc na takim bieganiu, a dziś własciwie joggingu się skupię(lepiej brzmi, tak bardziej fit. Fajniej powiedzieć "uprawiam dżoging", niż "biegam").

Ja również jakiś czas biegałam (to jednak szybciej się pisze) i mam różne wspomnienia. Będąc osobą cywilizacyjnie znerwicowaną, bieganie przynosiło mi ulgę, ponieważ pozwalało mi się zmęczyć i myśleć jedynie o tym, aby w końcu posadzić gdzieś dupę.
Biegać można na zewnątrz, jak i wewnątrz- na bieżni, tudzież po pokoju (moja znajoma biega po pokoju i po schodach w tą i z powrotem, ja sama kiedyś również biegałam po pokoju 20m2, ale odradzam ze względu na zawroty głowy- nie da się rozpędzić, a już trzeba skręcać).
 
Jestem szczęśliwą posiadaczką bieżni toteż właśnie od bieżni bieganie zaczęłam.
 
 
Można oczywiście iść na bieżnię do siłowni, ale nie można tam rozebrać się do majtek, założyć byle czego, wygazowywać się w razie potrzeby (tym bardziej ze słuchawkami na uszach) i trzeba ciągle trzymać fason, bo przecież "ludzie patrzą".
W domu możemy sobie włączyć nasz ulubiony film, założyć majtki i dawać czadu. Zawsze biegałam oglądając "Sex and The City" lub "Californication". Mam bardzo niepodzielną uwagę, więc oglądając film zapominałam, że biegnę (na sczęście moje nogi nie zapominały), toteż żadnym problemem był dla mnie godzinny czas.
Minusem bieżni jest brak mozliwości podziwiania pięknych widoków. Na ścianę przed Tobą napatrzysz się dłużej niż Michał Anioł, a jak skończy się ostatni sezon SATC to zalejesz łzami całą bieżnię i przestaniesz biegać.
 
W każdym razie ja tak zrobiłam.
 
Potem poszłam biegać na dwór. Jako że prawie przeprowadziłam się na wieś i często tam bywam, pomyślałam, że wstyd nie skorzystać z tamtych dróżek. Dróżki są piaszczyste, więc wyobraźcie sobie, że biegniecie przez Saharę i każda oaza okazuje się fatamorganą.  Najprzyjemniejsze to nie było, więc mój max joggingu na zewnatrz wynosił 30 minut. Zaczęłam nawet szukać na Allegro okularów z zamontowanym ekranem tv, ale po 1 ich nie znalazłam, a po 2 stwierdziłam, że  bieganie w nich było byjeszcze trudniejsze. Żeby sobie umilić bieganie postanowiłam wziąć ze sobą mp3. Moja mp3 nie ma zaczepu (tzn miała, ale "się" urwał), więc wsadzam sobie mp3 w stanik, bo nie chce mi si jej trzymać (jest taka cięeęeżka...). I tak z grającym cyckiem pokonuję trasę czując się jak jakiś surwajwer.
 
 
 
Do dżogingu rekomenduję dobry stanik, bo duże cyck mogą zahaczać o samoloty, a potem będą mówili, że zamach. Proponuję też kupić sobie coś w czym można nosić wodę i ją zabierać, bo po 15 minutach nawet kałuże wyglądają obiecująco.  Radzę też zabrać ze sobą komórkę, żeby mieć konakt w razie zobaczenia zboczeńca, niedźwiedzia bez śnidania lub chociaż zrobienia mu zdjęcia przed śmiercią.

środa, 17 lipca 2013

SIEDZĘ I OGLĄDAM

     Nie mam ostatnio weny na pisanie. Dni są bardzo podobne, nawet mój jadłospis się nie zmienia,  bo jestem zbyt leniwa na modyfikację w posiłkach, których przygotowanie zajmuje 5 min (albo dłużej jak jest większa kolejka).

Moim jedynym odstępstwem od codzienności są przyjazdy chłopaka. I tak ostatnio próbowałam qurrito, jadłam kebaba, frytki, lody, ziemniaki w mundurkach, pizzę i krążki cebulowe (nie polecam krążków jeśli chcecie spędzić romantyczny wieczór, polecam, jeśli idziecie na dyskotekę i chcecie mieć dużo miejsca na parkiecie).

Jako, że jesteśmy z moim facetem już starzy (27 i 28 lat) to nie chodzimy na dyskoteki, ale lubimy chodzić na jedzenie (a najbardziej to zamawiać z domu przez telefon), pić piwo i oglądać seriale. Wszystko wiąże się oczywiście z siedzeniem, bo w tym wieku ciężko już jest chodzić (choć czasem trzeba przebyć długą drogę żeby znaleźć wolny stolik w barze, ale cóż- cel uświęca środki).
Z ciekawszych rzeczy, które można jeszcze robić siedząc to oczywiście przeglądanie pudelka, oglądanie filmów i seriali, siedzenie w jacuzzi z drinkiem (niektórzy by tu jeszcze pewnie napisali siedzenie na kiblu). Koncerty nam się odpodobały, bo trzeba stać, a to wiadomo, że kręgosłup w tym wieku już nie ten sam. Zresztą, dla mnie z moim wzrostem każdy koncert i tak zawsze wyglądał tam samo (fajne masz plecy).

Jeśli chodzi o seriale to obejrzałam ich już sporo. Kiedy jakiś serial się kończy to zawsze mam to samo odczucie: "co teraz z moim życiem?". Największym sentymentem darzę Desperate Housewives, Sex and The City, Californication.

Sex And The City

 

 
 
To 3 przyjaciółki i koń. Nie no tak serio to darzę Jessicę Sarah Parker wielką sympatią.  Zaprzyjaźniłam się z tymi babkami od początku pierwszego sezonu, kupiłam sobie kieliszki w kształcie stożka i piłam w nich podczas oglądania coś, co przypominało Cosmopolitana (np. piwo). Płakałam, kiedy Big rzucił Carrie i płakałam kiedy skończył się ostatni odcinek. Obejrzałam jeszcze 2 kinówki, ale to już nie to samo. Jeśli chodzi o fabułę to niestety jest dużo słabsza niż w Desperate Housewives. Gdyby nie faceci i seks to był by to film niemy. Dodam jeszcze, że film zniechęca do wszystkiego, co posiada członek. W trakcie oglądania SATC byłam na ścieżce wojennej z moim facetem co drugi dzień.
Najbarwniejszą postacią jest bez wątpienia Samantha, mimo że to Carrie grała główną postać. Carrie zazdrościłam figury i biustu, Samancie ciętego języka, Mirandzie przytomnego podejścia do życia. Charlotte nie zazdrościłam niczego. 
To, co mi się bardzo podobało w SATC to świetny klimat NY jaki po prostu przeszywał przy oglądaniu tego serialu. Nigdzie więcej nie spotkałam takiego NY, jaki tam został przedstawiony. No i klimat '90- ciuchów tamtych czasów; butów z czubami, kiczowatych torebek, bluzek przed pępek (chodziłam w takich na dyskoteki, jak byłam nastolatką!).
Serial przyciąga, bo ukazuje to, czego przeciętna kobieta nigdy nie będzie miała: świetny seks, świetna praca, kostium od Diora i torebka Versace.
FAJNE DUPY: brak (skąd one brały tych obleśnych facetów?!)
 

Californication

 
 
 
 
 
Kiedy myślę "Californication" myślę  "cycki!". Tak, tutaj w każdym odcinku są albo cycki albo ktoś się bzyka, co mi absolutnie nie przeszkadza. Nie przeszkadza mi też specyficzne poczucie humoru. Dialogi są ogólnie na poziomie, pomijając fakt, że co trzecie słowo to "fucking" i "dick". Kolejnym plusem dla tego serialu jest Duchovny, który ze śmiesznego chłopca z Archiwum X wyrósł w wieku 50 lat na całkiem fajnego mężczyznę. Druga dość istotna postać to Charlie, który kojarzy mi się z różowym penisem. Późniejsze sezony są nudne, jakby zabrakło pomysłu, a i tak wiadomo, że Hank w końcu wróci do Karen, bo są dla siebie stworzeni. Nie mogę tylko pojąć jak Becka może być córką tak idealnych ludzi. 
FAJNE DUPY: Hank (oraz inne przewijające się)

Desperate Housewives

 
 
 
 
 
Tu mamy przyjaciółki, jak w SATC, ale oprócz tego jest jeszcze fajna, rozbudowana fabuła, która co raz się komplikuje i wciąga jeszcze bardziej, jest dużo intryg. Postacie są bardziej dopracowane niż w SATC, dialogi bardziej ambitne i przy okazji również bardzo śmieszne, ale i głębokie (zawsze lubię tą narrację Mary Alice, która kończy odcinek). Cała akcja rozgrywa się w malowniczej Wisteria Lane, co sprawia, że po 3 sezonie każdy chce tam mieszkać. Moje ulubione postacie to Gabrielle i Lynettte.
DH jest o tyle fajne, że ukazuje "normalne życie". Bohaterki nie ubierają się w Diory i Versace, mają kilkoro dzieci, mają problemy, mają kiepskie włosy i mają "codzienne" problemy. Serial jest luźny i przyjemny, wciągnie nawet facetów. Obecnie jestem w piątym sezonie, który opornie mi idzie, bo nie mogę się patrzeć na Gabrielle i jej dzieci i nie mogę znieść, że Mike i Susan nie są razem (miłość jednak nie istnieje!)
FAJNE DUPY: Mike? (jestem wybredna, ok?)


     Obecnie kończę oglądać DH i wciągnęłam się w program telewizyjny- Top Gear, bo lubię fajne samochody i lubię angielski humor.
Oczywiście polecam oglądać seriale z napisami, nie z dubbingiem. Serial z dubbingiem to jak ciasto ze słodzikiem. Chyba że ktoś lubi jak kobiety mówią męskim głosem.

sobota, 6 lipca 2013

PANIE DWA PIWA MIE DAĆ

 Witam w tenże piękny jakże letni poranek, a w zasadzie popołudnie. Sobota ma to do siebie, że zagina poczucie czasu i zawsze wydaje się nam, że jest później niż powinno być lub odwrotnie.
 
Ten, kto ma szczęście (nie idzie do pracy) może w sobotę spać do niedzieli, iść na ryby, nadrobić wszystkie zaległości w "M jak miłość" albo "Seksu w wielkim mieście" albo nie robić nic. Ja zawsze wybieram ostatnią opcję, poza drobnymi obowiązkami, które bardzo entuzjastycznie wykonuję, co by nie było, że jestem leniem.
 
Nie miałam pomysłu na tego posta, zaczęłam wiec myśleć o wszystkim, z czym wiąże się sobota. Pierwsze co mi przyszło do głowy to imprezy. Ale co ja mogę o imprezach napisać. Nie jestem fanką, raczej zwolenniczką, czyli :"idźcie, ale mnie nie bierzcie". Z imprezami natomiast nieuchronnie (przynajmniej w większości badanych przeze mnie przypadków) łączy się alkohol. O alkoholu pojęcie mam przeciętne (kumpluję się z nim ze dwa razy w miesiącu), ale że akurat go sączę to na tą chwilę jest mi bardzo bliski.
 
Alkohol towarzyszy człowiekowi przez całe życie- począwszy od chrzcin, poprzez świętowanie każdej okazji (również bez okazji), jak np. złowienie wcale nie takiej dużej ryby, zdania lub oblania egzaminu (w trakcie egzaminu niekiedy również, mówię także o egzaminie na prawa jazdy), podczas rozmowy o pracę, podczas pracy, podczas radości i smutku. Skończywszy na stypie. Jakby się tak zastanowić to alkohol jest naszym najlepszym przyjacielem. Możesz po niego pójść, kiedy tylko chcesz, a on Ci nie odmówi. Nigdy Ci nie powie- "mam Cię dość". Będzie z Tobą aż do ostatniej chwili. Ponadto, co naukowo udowodnione, butelka piwa łagodzi napięcie o jakieś 40%. Jak prawdziwy przyjaciel, który wysłucha i pocieszy.
Całe życie chciałabym przeżyć w stanie upojenia piwem, jednak myślę, że mogło by to pociągnąć za sobą nieodwracalne straty ekonomiczne.
 
Może nie wiecie, ale piwo łagodzi również ból oraz stymuluje coś tam w mózgu odpowiedzialnego za uczciwość ("Kochanie, to ja Ci zarysowałam samochód, jak próbowałam wyjechać z tego pustego parkingu").
 
Łagodzenie bólu i poziomu stresu ciągnie za sobą niestety powikłania. Z własnych obserwacji zauważyłam, że niektórzy ludzie zaczynają myśleć, że są np. nieśmiertelni ("a co tam skoczę sobie z drugiego piętra do sklepu, będzie bliżej", albo "idę powiem temu drechowi, żeby się tak nie bujał").
 
Inne powikłanie to także wyzwalacz agresji: "Csee tak paczsz, cceszwpieudol?"
 
A także wyzwalacz miłości. Osoba z wyzwalaczem miłości wszystkich kocha (o czym dosadnie informuje) i do wszystkich się przytula, a następnego dnia żałuje swoich błędów, bo przecież ta Baśka to taka szmata i jeszcze kupiła taką samą sukienkę.
 
Najpopularniejszy alkoholowy typ to "Patrzcie jaki jestem zajebisty". Sama też jestem tym typem, myślę, że Wy też dość dobrze to znacie. Osoba zajebista zapomina całkiem, że ma kompleksy i cellulit kolanach, 50 kg nadwagi i ropne pryszcze na nosie i staje się Miss Wieczoru tańczącą na stole (stół się później łamie i Miss psuje imprezę, bo trzeba wezwać karetkę i zawieźć ją do szpitala).
 
Dwa ostatnie typy to typ tańczący (tańczy) i typ śpiący. Typ śpiący wypija dwa browary i zasypia z uśmiechem na ustach gdzieś w kątku.
 
 
Co do samego alkoholu to uważam, że wyzwala wiele uczuć, hamuje wiele blokad. Uważam też, że raz na jakiś czas każdy powinien się trochę napić (no dobra, najebać), żeby zobaczyć jak  to jest nie mieć kołka w dupie.
Nie rozumiem osób które przychodzą na imprezę i nie piją. To trochę tak, jakby zdrowy przyszedł do domu kalek, a potem opowiadał o tym znajomym.
 
Lato niesie wiele okazji do picia, najprzyjemniejsze jest przecież picie w terenie (fajne są jeszcze stare angielskie, zadymione puby z własną, długą historią), dlatego należy wykorzystać tą czy inną sobotę i jechać do Biedronki (wszyscy wszystko kupują w Biedronce to tak sobie napisałam). Rekomenduję także zakupić jakąś zagrychę, bo jak wiadomo piwo sprzyja tyciu, więc trzeba temu pomóc i wziąć ze sobą jakąś tłustą kiełbachę w panierce z czipsów maczaną w majonezie. Także do boju, gotowi START!
 
I na zdrowie :)
 
 


NO TO JESTEM

WPIS PIERWSZY O NICZYM
Postanowiłam założyć bloga. Nie wiem jeszcze czy jest to dobry pomysł, bo jeśli nikt tego nie będzie czytał to szybko się zniechęcę, a zniechęcam się szybko.
Pomysł podsunęły mi dziewczyny z pewnego serwisu o zdrowym odżywianiu, gdzie większość pamiętników opiera się na schemacie: co dziś zjadłam i ile ćwiczyłam.
Mi opisywanie jedzenia nie sprawia żadnej przyjemności (wolę jeść)  biorąc pod uwagę, że nie sprawia mi jej także czytanie o składnikach, z których składało się śniadanie osoby której, nawet nie widziałam ani która nie nazywa się Anja Rubik (podobno lubi masło) albo Kim Kardashian ("oszukuje, na pewno tak mało nie je!").
Muszę uprzedzić, że mój blog na początku będzie wyglądał kiepsko, bo nigdy niczego takiego nie prowadziłam, więc sukcesem będzie w ogóle dodanie tego wpisu. Bardzo mnie rozżalił brak emotikonek, bo niby jak ja mam wyrażać swoją radość, smutek i zażenowanie? Muszę sobie stworzyć chyba jakiś własny zbiór.
Mój blog będzie o radzeniu sobie w życiu. Nie wiem, czy to dobry pomysł, bo sama radzę sobie średnio. Nie jestem przystosowana nawet do stania w kolejce. z drugiej jednak strony na bezludnej wyspie też by było mi źle, chyba że miała bym dostęp do pudelka, a zamiast oceanu szumiał by alkohol. Chociaż nie, ludzie są jednak potrzebni (z kogo bysmy się śmiali, kogo obgadywali, z kim porównywali). Moim zamiarem jest, aby blog utrzymany był w lekkiej i raczej humorystycznej tonacji, aczkolwiek może się zdarzyć jakiś poważny wpis, kiedy to moje hormony zawładną moim umysłem, a cały świat zwróci się przeciw mnie.
Piszę zazwyczaj pod wpływem emocji lub kiedy nie ma nikogo, z kim mogę podzielić się swoimi przemyśleniami. Myślę dużo, często i wtedy, kiedy nie za bardzo potrzeba. Zazwyczaj  o rzeczach, które są zbędne, a sprawiają, że muszę myśleć jeszcze więcej. Piszę natomiast nieczęsto, bo ciężko mi zgrać głowę z palcami, tak, żeby palce pisały to, o co chodzi głowie. Moje palce najchętniej sięgają po ciastka, staram się ich oduczyć, ale są ciężkie do wychowania.
A co o mnie? Chyba wypada mi się przedstawić, jako autorce bloga.
Mam 18 lat.
...   ...   ...
Ehh, no dobra, nie mogła bym z tym żyć. Mam 27. Nie mam męża, mam kota. Pracuję jako grafik, jestem po szkole artystycznej. Ja siebie nie uważam za artystkę, ale ludzie z otoczenia mówią, że nią jestem, przynajmniej mentalnie, bo póki co nie robię niczego, co robią artyście poza byciem innym i sprzeciwianiu się ustalonym przez świat zasadom. Nie powiem, żeby mi to nie odpowiadało, bo artyści w ogólnej opinii "mogą więcej".
Do życia jestem nastawiona pozytywnie, aczkolwiek mam gorsze dni i bywam zrzędą. Bywam też złośliwa cyniczna i sarkastyczna, co przez niektórych odbierane jest jako chamstwo, ja jednak nigdy nie mam zamiaru nikogo obrażać, a jak już mam to jest to tak celowe, że nie da się tego nie zauważyć i wziąć za co innego.
W planach mam zostać celebrytą, kupić helikopter, latać nim po croissanty do Francji i robić ustawki z paparazzi..
(Jak ja mam niby otagować ten wpis i co to jest agregat kulinarny? Jest tu jakiś czat, znajomi? Jak można nie umieć prowadzić bloga, wydawało mi się, że to jest dziecinnie proste. O i chciałam zrobić kursywą ten nawias, a tu nie ma nawet żadnych opcji... OMG Udało się)
...
To ja:

To mój kot:


To moja lama:



No dobra, nie mam lamy, ale jak ktoś wystawi na Allegro to sobie kupię latającą, taką jak ta.