środa, 17 lipca 2013

SIEDZĘ I OGLĄDAM

     Nie mam ostatnio weny na pisanie. Dni są bardzo podobne, nawet mój jadłospis się nie zmienia,  bo jestem zbyt leniwa na modyfikację w posiłkach, których przygotowanie zajmuje 5 min (albo dłużej jak jest większa kolejka).

Moim jedynym odstępstwem od codzienności są przyjazdy chłopaka. I tak ostatnio próbowałam qurrito, jadłam kebaba, frytki, lody, ziemniaki w mundurkach, pizzę i krążki cebulowe (nie polecam krążków jeśli chcecie spędzić romantyczny wieczór, polecam, jeśli idziecie na dyskotekę i chcecie mieć dużo miejsca na parkiecie).

Jako, że jesteśmy z moim facetem już starzy (27 i 28 lat) to nie chodzimy na dyskoteki, ale lubimy chodzić na jedzenie (a najbardziej to zamawiać z domu przez telefon), pić piwo i oglądać seriale. Wszystko wiąże się oczywiście z siedzeniem, bo w tym wieku ciężko już jest chodzić (choć czasem trzeba przebyć długą drogę żeby znaleźć wolny stolik w barze, ale cóż- cel uświęca środki).
Z ciekawszych rzeczy, które można jeszcze robić siedząc to oczywiście przeglądanie pudelka, oglądanie filmów i seriali, siedzenie w jacuzzi z drinkiem (niektórzy by tu jeszcze pewnie napisali siedzenie na kiblu). Koncerty nam się odpodobały, bo trzeba stać, a to wiadomo, że kręgosłup w tym wieku już nie ten sam. Zresztą, dla mnie z moim wzrostem każdy koncert i tak zawsze wyglądał tam samo (fajne masz plecy).

Jeśli chodzi o seriale to obejrzałam ich już sporo. Kiedy jakiś serial się kończy to zawsze mam to samo odczucie: "co teraz z moim życiem?". Największym sentymentem darzę Desperate Housewives, Sex and The City, Californication.

Sex And The City

 

 
 
To 3 przyjaciółki i koń. Nie no tak serio to darzę Jessicę Sarah Parker wielką sympatią.  Zaprzyjaźniłam się z tymi babkami od początku pierwszego sezonu, kupiłam sobie kieliszki w kształcie stożka i piłam w nich podczas oglądania coś, co przypominało Cosmopolitana (np. piwo). Płakałam, kiedy Big rzucił Carrie i płakałam kiedy skończył się ostatni odcinek. Obejrzałam jeszcze 2 kinówki, ale to już nie to samo. Jeśli chodzi o fabułę to niestety jest dużo słabsza niż w Desperate Housewives. Gdyby nie faceci i seks to był by to film niemy. Dodam jeszcze, że film zniechęca do wszystkiego, co posiada członek. W trakcie oglądania SATC byłam na ścieżce wojennej z moim facetem co drugi dzień.
Najbarwniejszą postacią jest bez wątpienia Samantha, mimo że to Carrie grała główną postać. Carrie zazdrościłam figury i biustu, Samancie ciętego języka, Mirandzie przytomnego podejścia do życia. Charlotte nie zazdrościłam niczego. 
To, co mi się bardzo podobało w SATC to świetny klimat NY jaki po prostu przeszywał przy oglądaniu tego serialu. Nigdzie więcej nie spotkałam takiego NY, jaki tam został przedstawiony. No i klimat '90- ciuchów tamtych czasów; butów z czubami, kiczowatych torebek, bluzek przed pępek (chodziłam w takich na dyskoteki, jak byłam nastolatką!).
Serial przyciąga, bo ukazuje to, czego przeciętna kobieta nigdy nie będzie miała: świetny seks, świetna praca, kostium od Diora i torebka Versace.
FAJNE DUPY: brak (skąd one brały tych obleśnych facetów?!)
 

Californication

 
 
 
 
 
Kiedy myślę "Californication" myślę  "cycki!". Tak, tutaj w każdym odcinku są albo cycki albo ktoś się bzyka, co mi absolutnie nie przeszkadza. Nie przeszkadza mi też specyficzne poczucie humoru. Dialogi są ogólnie na poziomie, pomijając fakt, że co trzecie słowo to "fucking" i "dick". Kolejnym plusem dla tego serialu jest Duchovny, który ze śmiesznego chłopca z Archiwum X wyrósł w wieku 50 lat na całkiem fajnego mężczyznę. Druga dość istotna postać to Charlie, który kojarzy mi się z różowym penisem. Późniejsze sezony są nudne, jakby zabrakło pomysłu, a i tak wiadomo, że Hank w końcu wróci do Karen, bo są dla siebie stworzeni. Nie mogę tylko pojąć jak Becka może być córką tak idealnych ludzi. 
FAJNE DUPY: Hank (oraz inne przewijające się)

Desperate Housewives

 
 
 
 
 
Tu mamy przyjaciółki, jak w SATC, ale oprócz tego jest jeszcze fajna, rozbudowana fabuła, która co raz się komplikuje i wciąga jeszcze bardziej, jest dużo intryg. Postacie są bardziej dopracowane niż w SATC, dialogi bardziej ambitne i przy okazji również bardzo śmieszne, ale i głębokie (zawsze lubię tą narrację Mary Alice, która kończy odcinek). Cała akcja rozgrywa się w malowniczej Wisteria Lane, co sprawia, że po 3 sezonie każdy chce tam mieszkać. Moje ulubione postacie to Gabrielle i Lynettte.
DH jest o tyle fajne, że ukazuje "normalne życie". Bohaterki nie ubierają się w Diory i Versace, mają kilkoro dzieci, mają problemy, mają kiepskie włosy i mają "codzienne" problemy. Serial jest luźny i przyjemny, wciągnie nawet facetów. Obecnie jestem w piątym sezonie, który opornie mi idzie, bo nie mogę się patrzeć na Gabrielle i jej dzieci i nie mogę znieść, że Mike i Susan nie są razem (miłość jednak nie istnieje!)
FAJNE DUPY: Mike? (jestem wybredna, ok?)


     Obecnie kończę oglądać DH i wciągnęłam się w program telewizyjny- Top Gear, bo lubię fajne samochody i lubię angielski humor.
Oczywiście polecam oglądać seriale z napisami, nie z dubbingiem. Serial z dubbingiem to jak ciasto ze słodzikiem. Chyba że ktoś lubi jak kobiety mówią męskim głosem.

sobota, 6 lipca 2013

PANIE DWA PIWA MIE DAĆ

 Witam w tenże piękny jakże letni poranek, a w zasadzie popołudnie. Sobota ma to do siebie, że zagina poczucie czasu i zawsze wydaje się nam, że jest później niż powinno być lub odwrotnie.
 
Ten, kto ma szczęście (nie idzie do pracy) może w sobotę spać do niedzieli, iść na ryby, nadrobić wszystkie zaległości w "M jak miłość" albo "Seksu w wielkim mieście" albo nie robić nic. Ja zawsze wybieram ostatnią opcję, poza drobnymi obowiązkami, które bardzo entuzjastycznie wykonuję, co by nie było, że jestem leniem.
 
Nie miałam pomysłu na tego posta, zaczęłam wiec myśleć o wszystkim, z czym wiąże się sobota. Pierwsze co mi przyszło do głowy to imprezy. Ale co ja mogę o imprezach napisać. Nie jestem fanką, raczej zwolenniczką, czyli :"idźcie, ale mnie nie bierzcie". Z imprezami natomiast nieuchronnie (przynajmniej w większości badanych przeze mnie przypadków) łączy się alkohol. O alkoholu pojęcie mam przeciętne (kumpluję się z nim ze dwa razy w miesiącu), ale że akurat go sączę to na tą chwilę jest mi bardzo bliski.
 
Alkohol towarzyszy człowiekowi przez całe życie- począwszy od chrzcin, poprzez świętowanie każdej okazji (również bez okazji), jak np. złowienie wcale nie takiej dużej ryby, zdania lub oblania egzaminu (w trakcie egzaminu niekiedy również, mówię także o egzaminie na prawa jazdy), podczas rozmowy o pracę, podczas pracy, podczas radości i smutku. Skończywszy na stypie. Jakby się tak zastanowić to alkohol jest naszym najlepszym przyjacielem. Możesz po niego pójść, kiedy tylko chcesz, a on Ci nie odmówi. Nigdy Ci nie powie- "mam Cię dość". Będzie z Tobą aż do ostatniej chwili. Ponadto, co naukowo udowodnione, butelka piwa łagodzi napięcie o jakieś 40%. Jak prawdziwy przyjaciel, który wysłucha i pocieszy.
Całe życie chciałabym przeżyć w stanie upojenia piwem, jednak myślę, że mogło by to pociągnąć za sobą nieodwracalne straty ekonomiczne.
 
Może nie wiecie, ale piwo łagodzi również ból oraz stymuluje coś tam w mózgu odpowiedzialnego za uczciwość ("Kochanie, to ja Ci zarysowałam samochód, jak próbowałam wyjechać z tego pustego parkingu").
 
Łagodzenie bólu i poziomu stresu ciągnie za sobą niestety powikłania. Z własnych obserwacji zauważyłam, że niektórzy ludzie zaczynają myśleć, że są np. nieśmiertelni ("a co tam skoczę sobie z drugiego piętra do sklepu, będzie bliżej", albo "idę powiem temu drechowi, żeby się tak nie bujał").
 
Inne powikłanie to także wyzwalacz agresji: "Csee tak paczsz, cceszwpieudol?"
 
A także wyzwalacz miłości. Osoba z wyzwalaczem miłości wszystkich kocha (o czym dosadnie informuje) i do wszystkich się przytula, a następnego dnia żałuje swoich błędów, bo przecież ta Baśka to taka szmata i jeszcze kupiła taką samą sukienkę.
 
Najpopularniejszy alkoholowy typ to "Patrzcie jaki jestem zajebisty". Sama też jestem tym typem, myślę, że Wy też dość dobrze to znacie. Osoba zajebista zapomina całkiem, że ma kompleksy i cellulit kolanach, 50 kg nadwagi i ropne pryszcze na nosie i staje się Miss Wieczoru tańczącą na stole (stół się później łamie i Miss psuje imprezę, bo trzeba wezwać karetkę i zawieźć ją do szpitala).
 
Dwa ostatnie typy to typ tańczący (tańczy) i typ śpiący. Typ śpiący wypija dwa browary i zasypia z uśmiechem na ustach gdzieś w kątku.
 
 
Co do samego alkoholu to uważam, że wyzwala wiele uczuć, hamuje wiele blokad. Uważam też, że raz na jakiś czas każdy powinien się trochę napić (no dobra, najebać), żeby zobaczyć jak  to jest nie mieć kołka w dupie.
Nie rozumiem osób które przychodzą na imprezę i nie piją. To trochę tak, jakby zdrowy przyszedł do domu kalek, a potem opowiadał o tym znajomym.
 
Lato niesie wiele okazji do picia, najprzyjemniejsze jest przecież picie w terenie (fajne są jeszcze stare angielskie, zadymione puby z własną, długą historią), dlatego należy wykorzystać tą czy inną sobotę i jechać do Biedronki (wszyscy wszystko kupują w Biedronce to tak sobie napisałam). Rekomenduję także zakupić jakąś zagrychę, bo jak wiadomo piwo sprzyja tyciu, więc trzeba temu pomóc i wziąć ze sobą jakąś tłustą kiełbachę w panierce z czipsów maczaną w majonezie. Także do boju, gotowi START!
 
I na zdrowie :)
 
 


NO TO JESTEM

WPIS PIERWSZY O NICZYM
Postanowiłam założyć bloga. Nie wiem jeszcze czy jest to dobry pomysł, bo jeśli nikt tego nie będzie czytał to szybko się zniechęcę, a zniechęcam się szybko.
Pomysł podsunęły mi dziewczyny z pewnego serwisu o zdrowym odżywianiu, gdzie większość pamiętników opiera się na schemacie: co dziś zjadłam i ile ćwiczyłam.
Mi opisywanie jedzenia nie sprawia żadnej przyjemności (wolę jeść)  biorąc pod uwagę, że nie sprawia mi jej także czytanie o składnikach, z których składało się śniadanie osoby której, nawet nie widziałam ani która nie nazywa się Anja Rubik (podobno lubi masło) albo Kim Kardashian ("oszukuje, na pewno tak mało nie je!").
Muszę uprzedzić, że mój blog na początku będzie wyglądał kiepsko, bo nigdy niczego takiego nie prowadziłam, więc sukcesem będzie w ogóle dodanie tego wpisu. Bardzo mnie rozżalił brak emotikonek, bo niby jak ja mam wyrażać swoją radość, smutek i zażenowanie? Muszę sobie stworzyć chyba jakiś własny zbiór.
Mój blog będzie o radzeniu sobie w życiu. Nie wiem, czy to dobry pomysł, bo sama radzę sobie średnio. Nie jestem przystosowana nawet do stania w kolejce. z drugiej jednak strony na bezludnej wyspie też by było mi źle, chyba że miała bym dostęp do pudelka, a zamiast oceanu szumiał by alkohol. Chociaż nie, ludzie są jednak potrzebni (z kogo bysmy się śmiali, kogo obgadywali, z kim porównywali). Moim zamiarem jest, aby blog utrzymany był w lekkiej i raczej humorystycznej tonacji, aczkolwiek może się zdarzyć jakiś poważny wpis, kiedy to moje hormony zawładną moim umysłem, a cały świat zwróci się przeciw mnie.
Piszę zazwyczaj pod wpływem emocji lub kiedy nie ma nikogo, z kim mogę podzielić się swoimi przemyśleniami. Myślę dużo, często i wtedy, kiedy nie za bardzo potrzeba. Zazwyczaj  o rzeczach, które są zbędne, a sprawiają, że muszę myśleć jeszcze więcej. Piszę natomiast nieczęsto, bo ciężko mi zgrać głowę z palcami, tak, żeby palce pisały to, o co chodzi głowie. Moje palce najchętniej sięgają po ciastka, staram się ich oduczyć, ale są ciężkie do wychowania.
A co o mnie? Chyba wypada mi się przedstawić, jako autorce bloga.
Mam 18 lat.
...   ...   ...
Ehh, no dobra, nie mogła bym z tym żyć. Mam 27. Nie mam męża, mam kota. Pracuję jako grafik, jestem po szkole artystycznej. Ja siebie nie uważam za artystkę, ale ludzie z otoczenia mówią, że nią jestem, przynajmniej mentalnie, bo póki co nie robię niczego, co robią artyście poza byciem innym i sprzeciwianiu się ustalonym przez świat zasadom. Nie powiem, żeby mi to nie odpowiadało, bo artyści w ogólnej opinii "mogą więcej".
Do życia jestem nastawiona pozytywnie, aczkolwiek mam gorsze dni i bywam zrzędą. Bywam też złośliwa cyniczna i sarkastyczna, co przez niektórych odbierane jest jako chamstwo, ja jednak nigdy nie mam zamiaru nikogo obrażać, a jak już mam to jest to tak celowe, że nie da się tego nie zauważyć i wziąć za co innego.
W planach mam zostać celebrytą, kupić helikopter, latać nim po croissanty do Francji i robić ustawki z paparazzi..
(Jak ja mam niby otagować ten wpis i co to jest agregat kulinarny? Jest tu jakiś czat, znajomi? Jak można nie umieć prowadzić bloga, wydawało mi się, że to jest dziecinnie proste. O i chciałam zrobić kursywą ten nawias, a tu nie ma nawet żadnych opcji... OMG Udało się)
...
To ja:

To mój kot:


To moja lama:



No dobra, nie mam lamy, ale jak ktoś wystawi na Allegro to sobie kupię latającą, taką jak ta.